Zbieramy materiały

Nieustająco poszukujemy materiałów - dokumentów, zdjęć, wspomnień... W ciągu kilku dni wykonujemy kopie, zwracając oryginalne pamiątki właścicielom. Jeśli jesteś w posiadaniu interesujących materiałów - prosimy o kontakt!

wspomnienia o mieście i ludziach

wspomnienia o mieście i ludziach

Strona głównaLudzieWspomnienia • Afrykańskie Święta przez łzy
Afrykańskie Święta przez łzy
Ludzie - wspomnienia
Wpisany przez Jacek Milewski   

Pani Maria Sobolewska urodziła się w ostrołęckiem. Konkretnie w Wiźnie. Tak, tej samej Wiźnie, której bunkrów do końca broniła załoga kapitana Raginisa. Ale po Wrześniu '39 r. tereny te zostały włączone w skład ZSSR. Co Pani Maria zapamiętała z tego czasu?

A cóż może spamiętać dwuletnie dziecko?

Nic. Dokonujące się zdarzenia odtwarzała póżniej mozolnie z ułamkowych opowieści osób bliskich. Więc pierwszy z najbardziej znaczących faktów, czyli wywózka na Wschód. Zapoczątkował ją rodzinny dramat - trójce starszych dzieci udało się zbiec do ciotki. Eugenia i Bolesław Mielniccy wyjechali więc tylko z najmłodszą córeczką. Troska o pozostałą trójkę towarzyszyła rodzicom podczas całej tułaczki. A sama wywózka? Do transportu załadowano ich 20 czerwca 1941. czyli tuż... przed niemiecką ofensywą. Transport wlókł się niemiłosiernie, więc już wkrótce znalazł się w zasięgu Luftwaffe. Jazda pod bombami, wśród płonących transportów. Chaos. Krasnoarmiejcy potracili głowy. Jedni kazali wysuwać przez okienka ręce z powiewającymi, białymi chustami, że to transport cywilny. Inni do tych rąk strzelali, że niby chcą się zdradziecko poddać. Jakoś przejechali. Do Kazachstanu dotarli po... trzech miesiącach morderczej podróży. Pani Maria była już właściwie "spisana na straty". Wycieńczona głodem, w bydlęcym wagonie napchanym ludżmi, słabła i traciła wzrok. Jakimś cudem przeżyła.

W Kazachstanie osiedlono ich w malutkiej, biednej wioseczce w aktiubińskiej obłasti. Przyszło im tam spędzić rok i trzy miesiące. Pani Maria nie kryje wdzięczności dla prostych, rosyjskich kołchoźników. To od nich otrzymywane kozie mleko i jakieś warzywa podtrzymywały słabowity organizm. Ale też i ich rodzinę lubiano. Jeden z kuzynów miał akordeon. Muzykowali, śpiewali na kołchozowych wieczorkach. Tak jakoś doczekali traktatu Sikorski - Majski. Ojciec od razu zgłosił się do Andersa. Umiał prowadzić auto, więc go przyjęto z otwartymi ramionami. Później, podczas ewakuacji armii na Bliski Wschód, także żona z córeczką uzyskały prawo wyjazdu. Jakimś ledwo trzymającym się na wodzie gruchotem, w spanikowanych tłumie rodaków, dotarły przez Morze Kaspijskie do Persji. Tutaj Pani Maria znalazła się wśród takich jak ona, dziecięcych szkielecików. O życie każdego z nich toczyły walkę opiekunki wraz z nielicznymi lekarzami. Ona przeżyła. Malutkie grobki innych pozostały gdzieś, pod Teheranem.

Długa rekonwalescencja, nareszcie w higienicznych warunkach, z właściwym odżywianiem i przy coraz sprawniejszej opiece medycznej. Późniejsze etapy tułaczki dziecięca pamięć zaczynała już rejestrować. Jakieś Indie, jakieś miasto Karaczi, długa oceaniczna podróż i port Mombasa. To już była AFRYKA! Nazwa ważna, pełna egzotycznych brzmień. Właściwie najważniejsza, bo wypełniająca całe dzieciństwo. W sercu tej Afryki, nad jeziorem Wiktorii jest miejsce, które zwie się Koja. Tam zaczęły wyrastać osiedleńcze domki, takie skrzyżowanie małych bungalowów z chatami krajowców. Polskich tułaczy stale przybywało, więc zaczęły się tworzyć całe uliczki. Wybudowano kaplicę i budynki administracyjne. Wszystko czyściutkie, zadbane, ozdobione egzotyczną zielenią. Osiedle zamieszkałe było głównie przez kobiety i dzieci. Z mężczyzn - tylko całkowicie niezdolni do służby wojskowej. Pani Maria należała do najmniejszych berbeci. Zwano je "Muchomorkami". Wystarczy spojrzeć na starą fotografię, by wiedzieć czemu. W opadających na uszy, "dorosłych", korkowych hełmach tropikalnych wyglądają jak reklama grzybobrania.

Naszego "Muchomorka" wszędzie było pełno. Bo i pewnie wiele takiemu pupilkowi osiedla było wolno. Lecz i "frycowe" trzeba za to jakieś zapłacić. No bo bardzo przepraszam - czy ktoś z Państwa znalazł się na rogach rozsierdzonego, afrykańskiego bawoła? A nasza panieneczka była! No może bardziej na potężnym nosie, gdy byczysko traciło już rozpęd przed chatką a mama biegła wymachując szmatą. Ale kilka mocnych kozłów się fiknęło. I trzeba to tak było buszować w chaszczach za obozem?! Jasne że trzeba, bo to takie ciekawe. A trzeba było wypróbowywać cierpliwość drzemiącego krokodyla?! Jasne, że trzeba. Tyle, że ta wielka, ociężała gadzina coś zbyt szybko potrafiła galopować, kłapiąc zębiskami. Lecz okazało się, że i drobne nóżki potrafią nad wyraz szybko przebierać. A odsiecz już przybywała. Nadszarpniętą niesławną rejteradą skazę na honorze zmyć mogło jedynie zdjęcie na grzbiecie potwora. Prawda, że już martwego.

Życie w osiedlu przybierało coraz lepiej zorganizowane formy. Trochę na modłę wojskową, lecz nade wszystko cywilną, rodzinną. Wszyscy zresztą stopniowo stapiali się w jedną, wielką rodzinę. Ten sam tułaczy los, ta sama tęsknota za bliskimi z krwawiącą Polską w tle. Jakiegoż niezwykłego wyrazu nabierały święta religijne i państwowe. Nawet te mniej ważne zyskiwały na znaczeniu. Cóż dopiero te najważniejsze? Defilady, pochody, procesje. Wszystko w pięknej, starannej oprawie dekoracyjnej. Z czasem pojawiły się własnoręcznie szyte, barwne stroje ludowe dla grup śpiewaczych i tanecznych. Polska pieśń i regionalna śpiewka, obyczaj, tradycja. Niepozorne - zdawało by się - zdarzenia, urastające do wymiaru misteriów. Kawałeczek Polski w egzotycznej scenerii. Nostalgia za tą prawdziwą, łzy. Kapiące łzami każde święta. Prawda, że pogodnie wygląda rodzina Pani Marii przy wielkanocnym stole na starej fotografii? Bardzo pogodnie. Ale już za chwilę były łzy. Łzy i wspomnienia. Wspomnienia i łzy. Myśli biegnące do ojca wojującego, gdzieś pod Tobrukiem, potem we Włoszech. Straszna niepewność, co do losów pozostałych w kraju dzieci. Taka była ta Wielkanoc w oprawie bujnej, tropikalnej zieleni, nad szmaragdowymi wodami przepięknego jeziora.

Oczy dziecka widziały bardziej tę piękną oprawę. Tę egzotykę, w której tyle się działo. Pani Maria do dzisiaj pamięta mowę Masajów. Gdyby zadudniły afrykańskie tam-tamy, to z łatwością podchwyciłaby murzyński rytm i rozkołysany krok. Zresztą zdarzało się jej niejednokrotnie zadziwiać tanecznym temperamentem. Skoro się ma tyle afrykańskiego słońca we krwi...

Pełna beztroska też ma swój kres i "Muchomorek" musiał powędrować do szkoły pod palmami. Bo była oczywiście w Koja i polska szkoła. Z ukończeniem pierwszej klasy zakończyła się też afrykańska przygoda. Zdemobilizowany ojciec zarządził powrót do kraju. Wróciły w czerwcu 47-go. Ojciec nieco później. Na dobre i złe. Dobre - bo odnalazło się rodzeństwo. Złe - no cóż, ojciec miał w papierach Andersa na białym koniu i medale spod imperialistycznego Monte Cassino. Zaczęły się przesłuchania i nachodzenia przez "smutnych panów". Myląc tropy, najpierw sam, potem już z rodziną przemieszczał się po różnych zakątkach kraju. Do Wołomina zjechali w 1950 roku. Jako zawodowy kierowca powoził z brawurą czerwoną "Doczką" (Dodge), wozem bojowym Ochotniczej Straży Pożarnej, w związku z czym był postacią bardzo popularną. Na emeryturze stał się zgorzkniały i zawiedziony Polską, w której przychodziło mu żyć, a która nie była tą Polską o którą walczył. Umierając (w 1974r.), słabnącym głosem odpierał szarżę niemieckich czołgów pod swoim Monte Cassino. Do końca toczył tę bitwę, która w nim była przez te wszystkie lata.

Niegdysiejszego "Muchomorka", nawet na emeryturze rozpiera naładowana Afryką energia. Od czasu, gdy po przełomie zaczęto przywracać należne honory osobom prześladowanym, zaczęli się organizować także i Sybiracy. Panią Marię wybrano na prezesa wołomińskiego koła. Choć jako ledwie dwulatek, Sybiraczką przecież była. No a teraz jest w środowisku najmłodszą i swoją afrykańską energią ciągle emanuje. Tej energii bardzo potrzeba, bo większość byłych zesłańców, to ludzie bardzo już leciwi. Mordercza praca w kopalniach czy przy wyrębach tajgi, w połączeniu z chronicznym głodem i chłodem też zrobiły swoje. Na ponad osiemdziesięciu członków koła z Wołomina i okolic, ledwo dwudziestka zachowuje pełną sprawność. A spraw bieżących do załatwienia jest moc. Wszystkiego trzeba dopilnować osobiście, wychodzić. Ale sybiracką, honorową asystę do własnego sztandaru daje się na wszystkie uroczystości skompletować. Ten sztandar przypomina, że są wśród nas.

Tekst publikowany na łamach Głosu Powiatu

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

 
Joomla 1.5 Templates by Joomlashack