Bibuła

Dziś w galerii pojawiły się skany lokalnych publikacji z roku 1989. Jeśli posiadasz w swoich zbiorach wołomińską "bibułę" - daj znać!

wspomnienia o mieście i ludziach

wspomnienia o mieście i ludziach

Strona głównaLudzieWspomnienia • Warszawa - Gibraltar - Wołomin
Warszawa - Gibraltar - Wołomin
Ludzie - wspomnienia
Wpisany przez Ewa Barciszewska   

Wołominianinem jest dopiero od 13 lat. Mimo to w grudniu ub. roku uhonorowano go tytułem zasłużonego dla Wołomina. Po prostu nie pogodził się z emeryturą i po burzliwym życiu, kiedy los rzucał go w różne zakątki Europy, nie potrafi siedzieć bezczynnie przed telewizorem i po prostu odpoczywać.

Rozmowa z panem Zygmuntem Korwin - Sokołowskim jest jak wycieczka po kartach podręcznika historii. Przejrzyjmy razem choć kilka stron podczas krótkiej wycieczki...

Urodził się Pan tutaj, na warszawskim Żoliborzu, gdzie dziś rozmawiamy. Budynek należy do wojska, Pan - w dwóch użyczonych bezpłatnie pokoikach - prezesuje tu Ogólnokrajowemu Stowarzyszeniu Kombatantów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Jak się zaczęły Pana związki z wojskiem?

Jeszcze zanim przyszedłem na świat. Mój ojciec, Adam Korwin-Sokołowski był legionistą, służył w I Brygadzie, w I Pułku Ułanów Beliny - Prażmowskiego, a w 20 roku w I Pułku Szwoleżerów szedł w kampanii na Kijów. Po wojnie skończył w Warszawie Wyższą Szkołę Wojenną i został oddelegowany do Belwederu jako jeden z adiutantów marszałka Piłsudskiego. W roku 30 Marszałek powołał go na swego szefa gabinetu w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Ojciec sprawował tę funkcję aż do jego śmierci w maju 35, a w grudniu tamtego roku prezydent Mościcki wręczył mu nominację na wojewodę nowogródzkiego i 1 stycznia 36 przenieśliśmy się tam całą rodziną.

Dlaczego właśnie Nowogródek, najmniejsze miasto wojewódzkie II Rzeczypospolitej?

Ojcu dano do wyboru kilka województw, ale te tereny dobrze znał, a ponadto był zakochany w Mickiewiczu, w historii tej ziemi. Sentymenty chyba w ogóle towarzyszyły wówczas powstaniu urzędu wojewody w Nowogródku, bo jedynym racjonalnym argumentem - za było centralne położenie tego 12-tysięcznego miasteczka, zamieszkałego przez polskich urzędników i drobnomieszczaństwo, dużą liczebnie społeczność żydowską i - głównie w okolicach - Białorusinów. Nowogródek ze światem łączyła tylko wąskotorówka do Nowojelni, która nie miała połączenia z Warszawą. Nie stacjonowało tam wojsko, nie było żadnej wyższej uczelni, jedynie gimnazjum im. Adama Mickiewicza. Ale szlak mickiewiczowski przyciągał turystów, podobnie jak Fara, gdzie ślub brał Jagiełło, ruiny zamku Mendoga, nieodległy Nieśwież, ze słynnym zamkiem Radziwiłłów i przepiękne tereny nad Świtezią.

Mieszkaliśmy tam tylko 3 i pół roku. W Nowogródku skończyłem szkołę podstawową, zacząłem chodzić do gimnazjum. Starszy brat był w Korpusie Kadetów we Lwowie i tylko wakacje spędzał z nami.Tuż przed wybuchem wojny spędzili Państwo wakacje pod Grójcem... Ojciec wiedział, że praca wojewody to tylko sprawa czasu. Kupił więc leśniczówkę koło Nowogródka i kawałek ziemi pod Grójcem, dokąd - po rozebraniu - ją przewiózł.

1 września 39 wbiliśmy tam ostatnie gwoździe do płotu. Pojechaliśmy do Nowogródka, gdzie miało być bezpieczniej. Pojawiła się nawała uciekinierów z centralnej Polski, ojcu trudno było spokojnie pracować, 16 września pojechaliśmy więc do znajomych w stronę granicy ruskiej. 17 weszli Rosjanie. Znaleźliśmy się na granicy polsko - łotewskiej, skąd przewieziono nas do Dyneburga, tam internowano i przetransportowano do Syguldy, obozu dla Polaków niedaleko Rygi. W sąsiednim obozie było sporo polskich żołnierzy. Ojciec chciał ich wydostać, przenieść do Francji, gdzie organizowało się polskie wojsko. Skontaktował się wówczas z byłymi łotewskimi attaché wojskowymi w Warszawie, a prezydentowi odesłał najwyższe łotewskie odznaczenie z podziękowaniem za nie i komentarzem, że osób tak wysoko uhonorowanych nie powinno się trzymać za drutami. Dostał zezwolenie na wyjazd i polskie wojsko popłynęło do Francji, a my polecieliśmy do Sztokholmu.

A stamtąd do Francji?

To nie było takie proste. Polski ambasador w Sztokholmie, kolega ojca zresztą, miał go już na czarnej liście. Gen. Sikorski, politycznie w opozycji do marszałka Piłsudskiego i związanego z nim obozu, rozesłał do polskich placówek dyplomatycznych listę wyższych oficerów i członków byłego rządu z zakazem przyjazdu do Francji. Ambasador nie mógł w tej sytuacji zapewnić nam przejazdu do Francji z funduszy państwowych (myśmy pieniędzy nie mieli), ale... pożyczył pieniądze prywatnie. Podobnie jak mój ojciec uważał, że w takim czasie różnice polityczne nie są ważne, że każdy Polak zdolny do noszenia broni powinien wstąpić do wojska.

Przyjechaliśmy do Francji. Ojciec zgłosił się do wojska i został osadzony w słynnym obozie w Cerizay, w departamencie Vandeya. Oficerowie mieli tam diety i z tych pieniędzy wynajmowali pokoiki u Francuzów. Dwa razy dziennie musieli się meldować na posterunku polskiej żandarmerii i nie mogli nigdzie wyjechać bez zezwolenia. Brat poszedł do szkoły podchorążych w Coëtquidan, ja - do polskiego liceum w Paryżu, matka pracowała w PCK w dziale paczek dla jeńców. W końcu Niemcy zaatakowali Paryż. Trzeba było uciekać. Brat przedostał się do Anglii. My zostaliśmy we Francji. Przyjechaliśmy z mamą do obozu, w którym był ojciec. O drugiej w nocy przyszedł Francuz, u którego ojciec mieszkał i powiedział, że niemiecka kolumna pancerna SS jest 25 kilometrów stąd. Jak staliśmy, polecieliśmy na żandarmerię polską, żeby nas ewakuowano, ale żandarmeria już uciekła. Zostawili polskich oficerów na pastwę Niemców. Udało nam się jednak przedostać do nieokupowanej Francji. Poszedłem do liceum polskiego koło Grenoble. W południowej Francji pracowała polska "dwójka " (przedwojenny wywiad), która zajmowała się ewakuacją przebywających tam Polaków (m. in. zbiegłych z niemieckiej niewoli) do wojska polskiego.

Przyszedł rok 43...

Przyspieszono nam maturę, bo polski rząd w Londynie zdecydował, że młodzież nie może iść do wojska przed egzaminem dojrzałości. Po śmierci Sikorskiego w Gibraltarze nastąpiły zmiany polityczne w Londynie. Nowy naczelny wódz, gen. Sosnkowski, wezwał ojca do siebie. Miałem wtedy 17 lat. Poszliśmy razem w trzydziestoosobowej grupie przez Pireneje z Francji do Hiszpanii. Przez najwyższe szczyty. Bez przygotowania. Trzy dni i dwie noce z pół bochenkiem chleba i kawałkiem słoniny, w długich spodniach, półbutach, swetrze i marynarce. Wiele takich grup trafiło do słynnego faszystowskiego obozu Franka w Mirandzie. Nam się udało. Około miesiąca czekaliśmy w Barcelonie na kolejne grupy i potem był transport kolejowy do Gibraltaru a następnie ewakuacja do Algieru. Tam ojciec się zameldował u naczelnego wodza i został skierowany do Włoch, do II Korpusu.

A Pan?

Mnie ojciec zaprowadził do gen. Sosnkowskiego, ten... poklepał mnie po buzi i powiedział: no to pojedziesz z ojcem do Włoch. Miałem 17 lat i dużo wyobraźni, więc powiedziałem: nie panie generale, nie pojadę. Chcę iść do marynarki, zawsze tego chciałem. I tak się stało. Nie było tylko wiadomo, co ze mną zrobić, bo w Algierze nie było transportu do Anglii. W końcu poleciałem samolotem z... naczelnym wodzem. Tą samą trasą, takim samym samolotem, przez ten sam Gibraltar, pełen strachu, wiedząc, co niedawno tam się działo szczęśliwie dotarłem do Anglii.

Spotkał się tam Pan z bratem?

Tak, ale bardzo mało się widzieliśmy, bo mnie zabrali na szkolenie a on latał. W 44, ciężko ranny podczas lotu nad Niemcy, zmarł w Anglii. Pochowano go pod Londynem.

Moim macieżystym okrętem był Garland. Pływałem w konwojach atlantyckich. W czasie inwazji byłem na krążowniku Dragon, potem wróciłem na pokład Garlanda i tam byłem do końca wojny. W 1946 ojciec z mamą, która "odpisała" sobie lata i wstąpiła ochotniczo do wojska, przyjechali do Anglii. Poznałem moją późniejszą żonę, Angielkę, która też była w marynarce, złożyłem podanie o studia. Na okręcie byłem jeszcze do września, potem dostałem stypendium wojskowe i poszedłem na studia. Skończyłem marketing i ekonomię na uniwersytecie w Durham. W Anglii urodziło mi się 5 dzieci. 4 synów i córka

Postanowił Pan jednak wrócić

Po śmierci mamy, która bardzo ubolewała nad tym, że moje dzieci się wynaradawiają, po zmianach, jakie nastąpiły w Polsce w 1956, razem z ojcem podjęliśmy decyzję powrotu. W sierpniu 56 wylądowałem w Gdyni z całą rodziną. Ojciec ulokował się w Warszawie, ale bardzo szybko go z pracy wyleli (pracował w Towarzystwie Łączności Polonia). Ja dostałem nakaz pracy w Szczecinie, w gospodarce morskiej i mieszkałem tam do emerytury. Żona nie miała siły dalej "budować socjalizmu" i wyjechała na stałe do Anglii. 7 lat byłem sam. W końcu spotkałem koleżankę z Nowogródka, z którą chodziłem do szkoły. Pobraliśmy się. Jej ojciec był tam osadnikiem wojskowym. W czasie wojny został zmobilizowany i zamordowano go w Katyniu.

A jak trafili Państwo do Wołomina właśnie?

Przypadkiem. Nie udało się szczecińskiego mieszkania zamienić na warszawskie, był ktoś chętny w Wołominie.

Nie potraktował Pan tego jako "dopust Boży". Włączył się Pan w życie lokalnej społeczności.

Chyba nie potrafię inaczej żyć. Działałem w radzie nadzorczej spółdzielni mieszkaniowej, byłem przewodniczącym Rady Osiedla Niepodległości, udzielałem się w komisjach wyborczych. Zacząłem tutaj też pracować na pół etatu. Uczyłem angielskiego w liceum nr 2, w szkole podstawowej, w technikum szklarskim. Doprowadziłem też 5 lat temu do powstania szkoły imienia Marynarki Wojennej. Na uroczystość nadania imienia ściągnąłem kompanię reprezentacyjną Wojska Polskiego - w mundurach marynarskich, z orkiestrą. Niedawno było ogólnokrajowe sympozjum takich szkół, właśnie w Wołominie. W tym roku młodzież była na koloniach w Gdyni, nad zalewem powstał klub żeglarski, marynarka dała sprzęt.

Ma Pan też swoje "dzieło życia"...

Tak. To pomnik Marszałka. Ten na skraju placu jego imienia, koło hotelu Europejskiego w Warszawie, nazwany złośliwie "dziadkiem parkingowym". Wiem, że udało mi się znaleźć sponsorów, że za 350 milionów ówczesnych złotych zrobiłem odlew w Gdyni, że pomnik stoi i żadne łobuzy - bo wojsko mi Marszałka pilnuje - nie posmarują go farbą. Wojsko oddaje tu honory a podczas obchodów 3 maja czy 11 listopada wszelkie uroczystości pod Grobem Nieznanego Żołnierza przenoszą się właśnie tutaj. To dla mnie ogromny honor i satysfakcja.

03.04.2001.

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

 
Joomla 1.5 Templates by Joomlashack