Zbieramy materiały

Nieustająco poszukujemy materiałów - dokumentów, zdjęć, wspomnień... W ciągu kilku dni wykonujemy kopie, zwracając oryginalne pamiątki właścicielom. Jeśli jesteś w posiadaniu interesujących materiałów - prosimy o kontakt!

wspomnienia o mieście i ludziach

wspomnienia o mieście i ludziach

Strona głównaLudzieWspomnienia • Moja wojenna tułaczka
Moja wojenna tułaczka
Ludzie - wspomnienia
Wpisany przez Anna Wojtkowska   

Teraz wracam do swoich nieudanych wakacji, które trwały kilka miesięcy. W połowie lipca 1944 roku (daty dokładnie nie pamiętam), wjechały do Wołomina trzy, czy cztery czołgi radzieckie, zatrzymały się na krótko w mieście, po czym wyruszyły w kierunku Warszawy. Nie dotarły nawet na Pragę i pod obstrzałem niemieckim wróciły do swoich. Po tym incydencie Niemcy wysiedlili ludzi z miasta. Część ludności znalazła się po drugiej stronie toru kolejowego, czyli w Górkach Mironowskich. Tam stało kilka opustoszałych domów, w których dawniej mieszkali Żydzi. Ja z rodzicami oraz wiele innych rodzin, wśród których była też rodzina Tolka, zatrzymaliśmy się w jednym z tych domów. Przed wyjściem z naszego mieszkania mieliśmy trochę czasu, aby spakować najpotrzebniejsze rzeczy.

Każdy z nas naszykował sobie bagaż, a pościel i resztę ubrań tatuś włożył w skrzynie i zakopał w komórce. Nie pamiętam jak z tymi bagażami doszliśmy do celu naszego wygnania. Pokój, który zajęliśmy, był pusty, stały tylko nasze bagaże. Jedyną otuchą było to, że wszyscy byliśmy w takim samym położeniu, pomagaliśmy sobie wzajemnie i mieliśmy nadzieję, że długo to nie potrwa. Ale tu aresztowali nas Niemcy i wywieźli do obozu przejściowego w Pruszkowie, mężczyzn wywieziono na roboty do Niemiec, a kobiety z dziećmi, pociągiem w bydlęcych wagonach do Skierniewic.

Dzięki działaniu Rady Głównej Opiekuńczej znaleźliśmy się u gospodarzy. Kiedy dowiedzieliśmy się, że Warszawa jest wolna, wyruszyliśmy do domu pierwszym pociągiem do Pruszkowa. Na drugi dzień wyruszyliśmy pieszo do Warszawy. Dotarliśmy na ulicę Pańską, od sąsiadów dowiedzieliśmy się, że rodzina mieszka przy ulicy Markowskiej. Ostatkiem sił idziemy dalej. Wieczorem zapukaliśmy do drzwi pani Władki. Była nas spora gromadka, osiem osób i bagaże. Gospodarze mieszkania przyjęli nas serdecznie, nakarmili i przenocowali. Na drugi dzień po śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę do Wołomina. Cały czas szliśmy wzdłuż toru kolejowego, pociągi nie kursowały. Przed nami więc około 20 kilometrów. Ja niosę dwie walizki na ramieniu, jedna z przodu, druga na plecach. Najbardziej ten ciężar odczuwa moja nie zagojona głowa. Nie pamiętam ile ta wędrówka zajęła nam czasu, ale jakoś dobrnęliśmy do celu, na ulicę Wileńską do domu pana Franciszka Nadwodnego, w którym mieszkała Celinka.

Jej mieszkanie było częściowo okradzione, meble stały, ale ubrania i różne cenne drobiazgi ktoś ukradł. Ale najważniejsze, że był własny dach nad głową. Pan Franciszek Nadwodny był cały czas w swoim domu i jak mógł wszystkiego pilnował, ale dopóki w Wołominie byli Niemcy, musiał się ukrywać i wtedy dla złodziei była okazja do kradzieży. Z panem Nadwodnym była córka Janina Sitarska, która swojemu ojcu trochę pomagała, resztę rodziny wywieziono do Niemiec, lub tak jak nas - do Pruszkowa. Ten dzień spędziliśmy na Wileńskiej. Po dobrze przespanej nocy poszłam z mamusią na ulicę Sienkiewicza 18 do naszego mieszkania, okazało się, że w drzwiach naszego mieszkania zmieniony był zamek i nie mogłyśmy wejść do domu. Dowiedziałyśmy się od gospodarza, że nasze mieszkanie zajęte było przez Rosjan, którzy stacjonowali w Wołominie, a klucz możemy odebrać na posterunku. Mamusia dobrze mówiła po rosyjsku, więc poszła do komendanta i klucz otrzymała. W mieszkaniu był porządek i nic nie brakowało, byłyśmy mile zdziwione.

Nasze ubrania i pościel jak już wspomniałam, były zakopane w komórce. Trzeba było tam zajrzeć, wszystko było, nikt w komórce nie grzebał, ale część ubrań została zniszczona przez pleśń, było też trochę ubrań Celinki i na szczęście, bo nie miałaby w czym chodzić. Mamusia i ja mieszkałyśmy teraz trochę na Wileńskiej u Celinki, a trochę na Sienkiewicza w naszym mieszkaniu. Miałam znowu kłopoty z głową, przyczyną pewnie były trudy naszego powrotu do domu, ciężkie walizki, mróz i inne niedogodności. Byłam z Celinką u lekarza, okazało się, że mam wrzód na czubku głowy i trzeba go przeciąć, zabiegu dokonał dr Izdebski - właściciel prywatnej kliniki, pieniędzy nie chciał przyjąć, był to ojciec moich kolegów, jestem mu wdzięczna.

Dla mnie najważniejszą sprawą była dalsza nauka, straciłam przecież kilka miesięcy roku szkolnego. Poszłam więc do p. Krysi dowiedzieć się jak wyglądają obecnie sprawy kompletów. Przyjęła mnie bardzo serdecznie i miło, powiedziała, że w dalszym ciągu uczy i ja też mogę przychodzić na lekcje. Ale ja nie mam pieniędzy - odpowiedziałam - tatuś jeszcze nie wrócił z obozu. To nic - powiedziała p. Krysia - możesz mi pomagać robić na drutach dla Gugi różne rzeczy. To mnie bardzo ucieszyło, spotkam się ze swoimi koleżankami. Ponieważ wszyscy opanowali już część materiału z trzeciej klasy, postanowili pomóc mi w nauce. Przerabiałam więc równolegle zaległości i bieżący materiał. W naszym komplecie było dwóch chłopców, ja przyprowadziłam trzeciego, mojego dobrego kolegę z młodszych klas szkoły powszechnej - Janka Gercharda. Okazało się, że Janek z mamą i siostrami też był w Pruszkowie, a potem wywieziono ich na wieś koło Sochaczewa. Też miał przerwę w nauce, teraz znowu uczymy się razem. Kolegów z dzieciństwa pamięta się długo. Nowością na kompletach był język rosyjski. Ja mam zaległości, a właściwie wcale go nie znam. Pomaga mi Aniela Urbanek. Mam trudności z wymową, dużo łatwiej mi idzie twardy język niemiecki, niż śpiewna mowa rosyjska, ale pisać i czytać potrafię.

Z Wołominem i Warszawą Danuta wraz z rodziną rozstała się w 1946 roku. Wówczas na dworzec kolejowy przy Towarowej w Warszawie przyszedł ją pożegnać Janek Mierzejewski. To był odzew na słowa zapisane przez nią w 1942 roku w jego pamiętniku. Wpis zatytułowała ?Do wieńca wspomnień? a w nim podkreśliła znaczącą rolę prawdziwego przyjaciela w życiu człowieka.

Od 1946 r. związała swoje życie zawodowe z nauczaniem, poprzez ukończenie uczelni pedagogicznych, pracą w szkołach powszechnych, pracą w charakterze nauczycielki języka polskiego i bibliotekarki w Liceum Pedagogicznym w Chojnie i Liceum Ogólnokształcącym w Gryfinie. To tam z należną czcią i w sposób najpiękniejszy, jakiego nauczyła się w latach burzliwej młodości, oddawała młodzieży swoją wiedzę i umiejętności poparte rzetelną pracą. Ojciec pani Danuty Fogel - Danisz jest stryjecznym bratem Mieczysława Fogga.

Jadwiga ?Dziunia? Pająk ze Ślubowskich (ur. 1928 r.). Pani Jadwiga wspomina tamten czas z wielkim sentymentem i trwogą. Sentyment budzi wspomnienie niedzielnego czytania lektury w ogrodzie, wśród krzaków i zarośli. Zwykle to ona czytała, ponieważ Pani Krystyna twierdziła, że ma najlepszy głos, czytała nie za głośno, nie za cicho, tak żeby wszyscy zebrani w kole słyszeli. Egzaminy jeździła zdawać do Gimnazjum im. Z. Łabusiewicz na warszawską Pragę. W pewnym roku, przed egzaminami straciła głos, mówiła szeptem. I tu członkowie komisji okazali się łaskawi, była szczęśliwa, że pozwolili jej zdawać egzamin na piśmie.

Z sentymentem wspomina nauczycielkę, pannę Krysię niewiele od nich starszą, która świetnie umiała porozumieć się z każdym, tym zdolnym, mniej zdolnym, leniwym czy pracowitym. Tę ciepłą atmosferę, wprowadzała też mała siostrzyczka pani Krysi - Guga kręcąca się wśród uczniów. Pani Jadwiga pamięta też poczciwą panią Balonową i księdza Piusińskiego. ?Z tamtego okresu przyjaźnie są trwałe i takie prawdziwe na całe życie, jedną z najwierniejszych do dzisiaj jest kontakt z Terenią Skrodzką i wspólne spotkania przy brydżu z Bogną Haberko? - mówi pani Jadwiga.

Trwogę wywoływała świadomość grożącego niebezpieczeństwa w razie wpadki w ogrodzie. Zawsze dbała, by z ulic Lipińskiej i Kościuszki, a także z sąsiednich posesji byli niewidoczni.

Dzieci państwa Ślubowskich były poinformowane o sytuacji w kraju i w Wołominie na tyle, na ile mógł to zrobić ojciec, zawodowy policjant i żołnierz Armii Krajowej w Warszawie. To on opowiadał o wielu ekstremalnych, ludobójczych zachowaniach Niemców w stosunku do Polaków i Żydów.

Bogusława ?Bogna? Wróblewska z Haberków (ur. 1929 r.), przysłała list:

? ? ta chata rozśpiewana. Moje przejście z lat dziecięcych w wiek młodzieńczy było smutne i obciążone doświadczeniami lat okupacji ? śmierć Brata, cierpienie Rodziców, wyzwolenie, które zaczęło się dla mnie od aresztowania mojego Ojca przez NKWD, a kilka tygodni później zatrzymanie Matki, która usiłowała ustalić miejsca uwięzienia Ojca i nie dopuścić do Jego deportacji w głąb Rosji. Zostałyśmy same - ja, dwie wychowanice moich Rodziców, labrador Hasan i kot Kuba.

Zima 1944-1945 była bardzo ciężka, w domu Rodziców dowództwo odcinka frontu rosyjskiego zajęło kilka pokoi. Pułkownik polecił swojemu adiutantowi zaopiekowanie się ?rebionkami?, dostawałyśmy żołnierskie posiłki. W tym czasie odwiedzała mnie Ala Malikówna - druhna z mojego zastępu (Akcja Małego Sabotażu), od niej dowiedziałam się, że nasi rówieśnicy zapisują się do organizowanego w Wołominie gimnazjum. Zgłosiłam się, ale nie miałam pieniędzy na wpisowe, zeszyty i książki. Byłam bez szans. Wróciła mama - wróciło życie. Był styczeń na rozpoczęcie nauki w II klasie było za późno. Pierwszą klasę miałam już ukończoną u pani Haliny Kosko na tajnych kompletach.

Pewnego dnia Mama wróciła z miasta i oznajmiła, że zapisała mnie na lekcje u pani Krystyny Kwapiszewskiej. Szalałam ze szczęścia ? a więc zacznie się normalne życie! Pani Krystyny Kwapiszewskiej nie znałam, ale wiedziałam gdzie mieszka, znałam ten dom, zawsze mnie fascynował. Duży, zatopiony w zieleni pięknego grodu, jakiś tajemniczy, zaczarowany, tętniący własnym życiem. Przechodząc obok niego wielokrotnie słyszałam gwar, śpiew, grę na fortepianie. Widziałam moich rówieśników wychodzących pojedynczo, domyślałam się ? komplety. A teraz ja sama mam stać się uczestniczką tej społeczności uczniowskiej.

Rano następnego dnia wybrałam się do Pani Kwapiszewskiej. Idąc próbowałam wyobrazić sobie panią Profesorkę, jawiła mi się jako osoba starsza, surowa, chłodna. Najpierw skrzypiąca furtka. Wita mnie przyjazne psisko (Wierny). Schodki, mroczna sień, zapach drewnianego domu i pieczonego ciasta. Wychodzi miła pani i wskazując schody mówi ? Tam odbywają się lekcje. Wchodzę na piętro. Pukam. Po usłyszeniu ? Wejść! otwieram drzwi. Zaskoczenie. Odwraca się do mnie młoda uśmiechnięta pani, patrzy na mnie ?w górę? bardzo niebieskimi oczami, coś mi mówi, a ja mam wrażenie, że Ona mnie ?czyta?, że mnie ?prześwietla?.

Jestem speszona, nie mogę się skupić, docierają do mnie tylko poszczególne słowa. W końcu opanowałam się. Rozmowa była bardzo rzeczowa. Najpierw został nakreślony materiał do przerobienia i przedłożone wymagania - miałam przerobić program II klasy gimnazjum typu humanistycznego w ciągu półrocza. Dostałam zawrotu głowy. Wykrztusiłam, że nie podołam bo przygotowuję program z fortepianu na egzamin do szkoły muzycznej w Warszawie - otrzymałam ripostę wypowiedzianą spokojnym głosem, leciutko zabarwionym dowcipem i drwiącą nutką, i te niebieskie oczy, tak stanowcze! Wyglądało to na ultimatum aut aut. Zrozumiałam, że jest rzucone wyzwanie i muszę mu sprostać.

Następnego dnia stawiłam się rano na lekcje w klasie drugiej. W niektóre dni wieczorem miałam zajęcia indywidualne. Lekcje pani Krystyny były cudowne. Przekaz wiadomości czytelny, wzbogacony ciekawostkami, ciągłym szukaniem analogii między literaturą a historią, podkreślaniem związków i chronologii wydarzeń co pobudzało nasze umysły do analitycznego myślenia i wyciągania wniosków.

Dziś z perspektywy lat i swoich doświadczeń pedagogicznych doceniam wyjątkowy talent pani Krystyny Kwapiszewskiej, jej zdolność rozpoznawania indywidualnych predyspozycji ucznia i dostosowywanie metod dydaktycznych do poziomu jego wiedzy. Moją edukację prowadziła na dwóch płaszczyznach ? indywidualnej i grupowej, włączając mnie równolegle w rytm całej klasy przerabiającej już program II półrocza. A czasy były trudne nie było podręczników i lektur, lekcje odrabialiśmy przy świecach i karbidówkach.

W czerwcu 1945 roku cała klasa zdała egzamin przed komisją egzaminacyjną składającą się z profesorów warszawskiego gimnazjum im. Zofii Łabusiewicz.

Finis koronat opus! To było mistrzostwo! Chapeau bas! Wielkie dzięki Pani Profesorko!

Dom państwa Kwapiszewskich to nie tylko miejsce gdzie zdobywało się wiedzę, tu również kształtowane były nasze charaktery, poglądy, postawy, sposób bycia. Tu również spotykaliśmy się na wieczorkach z ciasteczkami, śpiewaniem i tańcami. Było radośnie, to była ?chata rozśpiewana?! Duszą tych spotkań była pani Natalia, matka pani Krystyny, również pedagog i przyjaciel młodzieży. W naszej pamięci pozostało ciepło domu, który pozwalał nam zapomnieć o naszym wojennym dzieciństwie i głęboki szacunek dla jego gospodarzy.

Pani Bogusława Wróblewska, zamiłowania i zdolności muzyczne rozwijała pod kuratelą Gali Lipińskiej w Wołominie i tej pasji pozostała wierna do dziś. Ukończyła Szkołę Muzyczną i Studium Pedagogiczne w Warszawie, pracowała w szkołach muzycznych I i II stopnia, była kierownikiem fortepianu, do dziś oddana jest temu zawodowi i cieszy się z sukcesów swoich uczniów.

Zofia Rojewska z Mieszanowskich (ur. 1927 r.), twierdzi, że chwil nauki pod ostrzałem bomb i stukotu niemieckich obcasów się nie zapomina i ludzi takich jak pani Stanisława Balonowa, ksiądz Bolesław Piusiński, nazywany Broniś, a szczególnie Krystyny Kwapiszewskiej, o której po latach mówi: ?Anioł nie człowiek?, wszechstronnie uzdolniona, z wiadomościami poukładanymi w głowie, gotowymi do przekazania w każdej chwili?. Pamięta rodzinę Kwapiszewskich, podkreślając ich talent i rodzinną pasję nauczycielską. Naukom na kompletach zawdzięcza zamiłowanie do matematyki i fizyki, tam rozwijała zdolności plastyczne, chciała być architektem, ale życie inaczej się potoczyło.

Panie Anię i Basię odnalazłem poprzez panią Teresę Zamojską-Stryjek. I po nitce... do kłębka, a właściwie po kablu... do słuchawki, usłyszałam głos pani Anny Kowalewskiej-Doleckiej (ur.1930 r.).

Uczęszczała do szkoły nr 4 w Wołominie (izby lekcyjne szkoły w latach 1939-1945 były w różnych budynkach Wołomina). W klasie stały ławki, a w nich około 45 uczniów usadzonych według wzroku, a nie wzrostu. Pamięta, że książki przedwojenne miała zdobyte z antykwariatu przy ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie. Pani Ania mówi:

Nasza pani, Maria Stawińska oprócz pracy w szkole podjęła trud nauki dzieci na tajnych kompletach u siebie w domu. Miałam szczęście uczęszczać wspólnie z innymi uczniami na zajęcia poszerzające wiedzę o treści zakazane przez okupanta. Na zakończenie piątej klasy w roku szkolnym 1941/42, na kompletach pani Stawińska podarowała każdemu z nas zeszyt. Z pozoru zwykły zeszyt, z różową, twardą okładką i dwunastoma kartkami dodatkowo zszytymi białą nitką. Ale najpiękniejsza jest jego zawartość, to jest, odręcznie wpisana przez nauczycielkę poezja patriotyczna, ozdobiona pięknymi, kolorowymi akwarelkami autorstwa B. Ulatowskiej?.

Całość zaczyna się wierszem Polska mowo:

?Mowo polska ukochana,
tyś skarb ludu cenny,
tyś od Boga nam wybrana,
Zdobna w czar niezmienny.?

Na końcu zeszytu pani Maria Stawińska napisała, każdemu uczniowi, przesłanie. Do Anny Kowalewskiej skierowała słowa, które stały się jakby zapowiedzią jej późniejszej pracy z młodzieżą:

?Słowo ludzkie to wielka rzecz: kieruje setkami dusz, do czynu je pobudza - prowadzi ku dobru i pięknu?.

W 1943 r., Anna Kowalewska rozpoczęła naukę na zarejestrowanych, tajnych kompletach u panny Krysi. Znała wcześniej rodzinę Kwapiszewskich, ponieważ korzystała z pianina, doskonaląc swoje zdolności muzyczne. Podziwiała zorganizowanie i umiejętność przekazania wiedzy z różnych przedmiotów, przez niewiele starszą, nauczycielkę. Jej wiedza jako młodej maturzystki (1942 r.) była imponująca. W trosce o swe podopieczne, stawiała im wysokie wymagania.

Po zakończeniu I - II klasy gimnazjalnej u panny Krysi, Anna zdała egzamin do Gimnazjum im. Zofii Łabusiewicz; tu ukończyła III klasę. Z nauczycieli zapamiętała, fizyka, Władysława Majewskiego.

Anna Kowalewska ? Dolecka ukończyła anglistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Początkowo pracowała w Instytucie Mechaniki Precyzyjnej prowadząc korektę obcojęzycznych skrótów, następnie przez 30 lat prowadziła zajęcia ze studentami na Uniwersytecie Warszawskim jako lektor języka angielskiego.

W 1985 wraz z synem została aresztowana i osadzona w areszcie na Rakowieckiej w Warszawie za prowadzenie na dużą skalę kolportażu pism i ulotek. W więzieniu spędziła pięć miesięcy, po wyjściu z powodu ciężkiej choroby, w wieku 57 lat przeszła na emeryturę. Pomimo doświadczeń z lat młodości i czasu dorosłego, uważa, że życie nadal jest ciekawe.

Młodsza siostra pani Anny - Barbara Kowalewska -Słowik (ur. 1931 r.), na komplety do panny Krysi chodziła pierwszy rok gimnazjalny. Tuż po wojnie wraz z rodziną wyjechała z Wołomina. ?Na kompletach - mówi - nie było przedmiotu, tam podczas przekazywania treści wpleciony był szacunek i wrażliwość na los drugiego człowieka, patriotyzm i uczciwość. Nie było opcji politycznych. To była Polska.  Nauki prowadzone przez przedwojennych nauczycieli, miały głęboką treść i przekazywały dawną kulturę. Od uczniów wymagano rzetelnej wiedzy, np. u pani Krysi uczyłam się języka niemieckiego tylko przez pół roku, a wiadomości tam zdobyte służą mi do dzisiaj?.

Pani Barbara Kowalewska - Słowik Ukończyła Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie i otrzymała nakaz pracy w Instytucie Sadownictwa PAN w Skierniewicach. Pracując i ucząc się uzyskała stopień doktora z dziedziny sadownictwa.

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

 
Joomla 1.5 Templates by Joomlashack