Bibuła

Dziś w galerii pojawiły się skany lokalnych publikacji z roku 1989. Jeśli posiadasz w swoich zbiorach wołomińską "bibułę" - daj znać!

wspomnienia o mieście i ludziach

wspomnienia o mieście i ludziach

Strona głównaLudzieWspomnienia • Zagościniec - mój dom, moja ojczyzna (I)
Zagościniec - mój dom, moja ojczyzna (I)
Ludzie - wspomnienia
Wpisany przez Agata Bochenek   

O Franciszku Stańczaku, nieżyjącym już mieszkańcu Zagościńca, jakiś czas temu pisaliśmy w Wieściach. Franciszek Stańczak został aresztowany przez NKWD i wywieziony na "nieludzką ziemię", do obozu w Borowiczach. Pisaliśmy o cierpieniach, jakich doznał, o pracy ponad siły, o chorobach, które trawiły wycieńczony organizm, wreszcie o ogromnej radości związanej z powrotem do kraju, do domu.

W wiele lat po powrocie z Borowicz, Franciszek Stańczak zaczął pisać wspomnienia. Zawarł w nich całe swoje życie, od dzieciństwa, po wiek dojrzały. Ciekawa to lektura, bowiem autor wspomnień był bacznym obserwatorem codziennego życia i otaczającego świata, odznaczającym się ponadto doskonałą pamięcią.

Dzięki tym wspomnieniom wiemy, jak wyglądało codzienne życie w Zagościńcu, na początku ubiegłego wieku, w okresie międzywojennym i w czasie okupacji, jak wówczas mieszkano, jakie obyczaje kultywowali mieszkańcy tej ziemi, czym się zajmowali, co jedli. Słowem, wiemy bardzo dużo. Czytając dzieje Franciszka Stańczaka ściśle splecione z dziejami Zagościńca ma się wrażenie, że właśnie tam jesteśmy, w dziadkowej chacie, w przydomowym ogrodzie, na polu... Trzeba doprawdy wielkiego talentu, żeby wszystko tak barwnie, a zarazem tak wiernie opisać.

Czas zajrzeć do spisanych starannym pismem wspomnień Franciszka Stańczaka. Na początek - oczywiście o powstaniu Zagościńca.

Nasze pola za gościńcem

- Okolice - Duczki, Lipiny i nasze (zagościńskie) były własnością dziedziców Mejerów, Andrzeja i Rajmunda. A dlaczego napisałem "zagościńskie", to muszę wyjaśnić. Cały ten obszar majątku przecinał trakt napoleoński, dzisiejszy gościniec, który łączy Wołomin i Jadów. Kolei żelaznej w owym czasie nie było. Legenda mówi, że tym traktem (gościńcem) Napoleon w 1812 roku szedł ze swoją armią na podbój Rosji. I właśnie te zagościńskie pola leżały za tym gościńcem.

Gdy dziedzic planował prace w polu, to już wieczorem ze swoim rządcą naradzali się, gdzie robić - wczoraj pracowali na terenie Lipin, dzisiaj na Duczkach, a jutro wyruszymy w pole za gościniec. I te nasze pola tak właśnie były ochrzczone - za gościńcem.

W 1812 r. dziedzic Andrzej Mejer z bratem Rajmundem sprzedali swoją majętność właścicielowi, ale jakiemu, to trudno się dowiedzieć. Wiadomo tylko, że od 1812 do 1873 roku nasze dobra Zagościniec były sprzedawane dziesięć razy, ale jaki był tego powód - nie wiadomo.

Ostatnim dziedzicem, a raczej dziedziczką Dóbr Zagościniec była Alojza z Prażmowskich Boska, która nabyła ten nasz Zagościniec pod datą 28 czerwiec 1873 rok. A od tej dziedziczki A. Boskiej za sumę 18750 rubli zakupił to wszystko Łaszcz Józef - 422 morgi, Bartkiewicz Wojciech 140 morgów, Żmijewski Antoni 142, Bochenek Jan 140 morgów, wszystkiego było 844 morgi. W księdze w roku 1878 zapisano, że wszyscy właściciele naszego Zagościńca pochodzili z okolic Wyszkowa.

I ci nowi obszarnicy znów zaczęli sprzedawać po kawale ziemi, bo co mieli z tem robić, jak to były same bory i krzaki!

Na dachu zakwitał rozchodnik

Po przedstawieniu początków miejscowości, Franciszek Stańczak przedstawił nam swoją rodzinę. Otóż, dziadek Stanisław Stańczak przywędrował w te strony z Popowa Kościelnego nad Bugiem, gdzie na dworze był felczerem. Kupił parę morgów ziemi, po czym, będąc dość zamożnym kawalerem pojął za żonę córkę Antoniego Żmijewskiego, Józefę. A następnie zaczął budować duży, dwurodzinny dom.

Franciszek Stańczak tak opisał dziadkowe gospodarstwo:

- Pośrodku domu była duża sień i z sieni wejście na górę i wejście do komina, bo komin na dole był szeroki, miał dwa metry na półtora. Poza tym z sieni było wejście na lewo i na prawo, mogły mieszkać oddzielnie dwie rodziny.

Po lewej stronie była izba większa, z dwoma oknami, podłogą z desek. Obok był alkierz z jednym oknem i podłogą też z desek. Izba po prawej stronie była mniejsza, z jednym oknem i podłogą z gliny. Z jednego alkierza do drugiego były drzwi, tak, że można było chodzić w kółko.

Nad kuchniami w obu izbach były tak zwane kapy z szubrami, w razie dymu albo pary w izbie odsuwało się szuber, to wszystko leciało do komina, a sadze z szubra spadały wtenczas na kuchnię. Taka kapa nad kuchnią to była w każdym gospodarskim domu, prócz tego były piece do pieczenia chleba w jednej i drugiej izbie.

W całym domu były belki drewniane i to były na wierzchu, bo deski przybijali na wierzchu, a nie jak teraz od spodu, że belki są zakryte i sufit gładki. Drzwi były trochę za niskie, a progi bardzo wysokie, jak ktoś był wysokiego wzrostu, a nad progiem uniósł wysoko nogi, to uderzał głową w futrynę...

Przed sienią był dobudowany ganek w podobie teraźniejszej werandy, tyle, że werandy nie mają sufitu, a u nas na ganku był sufit (...)

Już przedtem wspomniałem o dużych rozmiarach komina na dole. Za panowania mojego ojca, a za mojej pamięci cały ten dół komina służył w zimie za kurnik. Można sobie wyobrazić jak kury przechodziły przez ganek i sień do tego kurnika i i rano znów wychodziły...

Cały dom z frontu był wybielony wapnem, a dach na domu był ze słomy, może dawniej, gdy był nowy to wyglądał przyzwoicie, ale za mojej pamięci to był bardzo pstrokaty. Gdy słoma już nadgniła i przeciekało, to nie zmieniali całego dachu, bo zawsze słomy brakowało, tylko reperowali nową słomą. Na starym dachu rósł mech zieloniutki, a w lecie zakwitał na dachu rozchodnik koloru pomarańczowego, zaś resztę dekoracji dopełniały łaty z nowej słomy. I to już wszystko o naszym domu.

Co do reszty dziadkowego gospodarstwa, to stodoła i obora były zbudowane z bali pokrytych słomą. Obok stały dwie małe szopki, jedna na wóz, druga na drzewo. Całość uzupełniała studnia z bali, nad którą górował żuraw do wyciągania wody. Przy studni stało również koryto do pojenia bydła.

Gospodarstwo dziadka Stanisława było duże, wymagało niemało pracy, a dziadek zajmował się jeszcze leczeniem chorych, a pacjentów miał dużo, nie tylko z najbliższej okolicy, ale także z Wołomina.

Wieści Podwarszawskie
30/2005

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

 
Joomla 1.5 Templates by Joomlashack