Zbieramy materiały

Nieustająco poszukujemy materiałów - dokumentów, zdjęć, wspomnień... W ciągu kilku dni wykonujemy kopie, zwracając oryginalne pamiątki właścicielom. Jeśli jesteś w posiadaniu interesujących materiałów - prosimy o kontakt!

wspomnienia o mieście i ludziach

wspomnienia o mieście i ludziach

Strona głównaWycinkiRelacje prasowe • Wstyd nad miastem
Wstyd nad miastem
Wycinki - Relacje prasowe
Wpisany przez Łukasz Rygało   

Dom nad łąkami - stan sprzed remontu

Ścieżka wiedzie wśród krzaków i wątłej trawy. Trudno posród tej brzydoty, porozrzucanych resztek krawężników odnaleźć ślady niegdysiejszych alejek. Brzegi zatarła spływajaca poboczami woda, a ludzie chodząc na przełaj wydeptali nowe ścieżki.

Tak opisywałem wołomińskie górki latem 1975 roku. Dom rozsypywał się już, ku radości lokatorów czekających na mieszkania w blokach. Gniły odrzwia, ściany pokryły zacieki i głębokie odpryski, z dachu zwisały zardzewiałe rynny. Tamtego lata w tym niewielkim domu gnieździło się 17 osób. Pokój na pieterku zajmował, 82-letni wówczas, Jerzy Surowcew. On jeden próbował ratować ogród i dom przed zniszczeniem.

Siedzielismy w ogrodzie na pniakach, bo ławki zniszczyli wandale, a on powiedział wskazując murowany cokół: ?Tu stało popiersie Zofii Nałkowskiej, wykonane ręką jej siostry Hanny, rzeźbiarki. Ktos je ukradł i slad po nim zaginał.? Kilka miesięcy później, znalazły je dzieci w krzakach nie opodal Górek.

Surowcew przybył do Wołomina w poszukiwaniu pracy wiosną 1943 roku. Zobaczył ten opuszczony dom i zatrzymał sie nie wiedząc początkowo, w jakim domu zamieszkał. dopiero w trakcie robienia porządków natknął się na fragmenty książek i stronicę ze słowami Nałkowskiej: ?Odjadę znów, ale jeszcze wrócę, zawsze wrócę. A kiedyś wreszcie wrócę i już zostanę.?

Przeglądam załozona przez Surowcewa książkę pamiątkową z czasów, gdy oprowadzał po Górkach wycieczki szkolne, dedykacje Nałkowskiej, fotografie z jej pobytu na Górkach w roku 1952. Surowcew znalazł zatrudnienie jako kierownik świetlicy w Zakładach Szklarskich. Pewnego dnia usłyszał Nałkowską przemawiająca przez radio. Postanawia ja odszukać i zaprosić do Wołomina. W radio nie znali jej adresu. W Ministerstwie Kultury - też nie. Wreszcie udało się. Usłyszał jej głos:

- Kim pan jest?

- Nic to pani nie powie, ale niech pani pozwoli, że wyślemy delegację z prośba o przybycie...

Swoje spotkanie z Górkami, po wielu latach nieobecności, Nałkowska tak opisała:

Jest mi, jakbym była widmem powracajacym na miejsce dzieciństwa i młodości. Ojciec, matka, tamci ludzie: życie pełne map i atlasów, kochane i życzliwe zwierzęta

Wtedy dowiedziała sie też, dlaczego dom - dawniej - mniejszy od drzew, schowany w nich - dziś wystaje z nagiej górki, jest duży. Nałkowska dowiedziała się, to, czego nawet wcześniej nie przeczuwała: na jej ukochanych Górkach Niemcy urządzili getto, a ludzie zima wycinali drzewa na opał.

Surowcew był tak przejęty wizytą Nałkowskiej, że zapomniał, iż nie ma odpowiedniego garnituru i butów, na co dzień chodził w kapciach. Ci, którzy pamiętają go z tamtyvh lat, opowiadają, że wszystkie pieniądze wydawał na książki i porządkowanie ogrodu. Cieszył się, że wizyta Nałkowskiej wypadła, jak zaplanował, aż w drodze powrotnej, kiedy odwozili Nałkowską do Warszawy i samochód wjechał na most Kierbedzia...

- Pani Zofia powiedziała: ?Trzeba coś przekąsić? - i ku naszemu przerażeniu zaproponowała kolację w ?Bristolu?. Przeszły nam mrówki po plecach, bo było to przed pierwszym i byliśmy bez grosza, nie licząc moich dziesięciu złotych, co mogło wystarczyć zaledwie na herbatę. Boże, co my wtedy przeżyliśmy, tacy dwaj hołysze! Żeby dama za nas płaciła!

Jeszcze raz Nałkowska przyjechała na Górki, tym razem w towarzystwie Hanny. Hanna cały czas płakała, tak była przejęta. Surowcow wielokrotnie potem odwiedzał Nałkowską w jej warszawskim mieszkaniu. Z zaciekawieniem słuchała jego wieści z Górek. Ostatni raz widzieli się miesiąc przed jej śmiercią w listopadzie 1954 roku.

Pamiętam, że Surowcew przerwał w pewnym momencie swą opowieść, wziął do ręki tom "Dzienników", otworzył na założonej stronie i przeczytał: Noc, księżyc przyświeca przez delikatne liście akacji. W sercu coś rwie się strasznie i tęskno. Jeżeli teraz idzie kto drogą nad łąką, to widząc światło w moim pokoju, na górze, mógłby pomysleć, że tam mieszkają szczęśliwi luzie - tak tu jakoś zacisznie i ciepło pośród tych sosen, z akacjami i klonami. Surowcow odłożył książkę i powiedział:

- Zmęczyłem się, ciężko idzie mi czytanie, słabo widzę.

Zmarł w lipcu 1976 roku. Zbiór pamiatek po Nałkowskich, który zgromadził, pozostawił swojej żonie - Bronisławie Surowcew, mieszkającej nadal w domu nad łąkami. Amatorzy szabrowana na Górkach nazywają ją "tą cholerą". "Ta cholera" - jak sama żartuje Bronisława Surowcew - przywiązała się do tego domu, nie chce się z niego ruszyć. Chce tu mieszkać, pilnować Górek. Czy znajdzie w Wołominie zrozumienie dla swojego przywiązania? Ta kobieta wie o Górkach więcej od niejednego zamieszaniego w sprawę magistra czy inżyniera.

*

"Koniecznie potrzebne jest ogrodzenie, bo bydło wszystko tratuje, a ludzie rozwalają i niszczą" - donosił w 1937 roku reporter popołudniówki. Dokonano wówczas na Górkach oględzin, postanawiając, że dom będzie remontowany, a teren ogrodzony. Jedynym śladem tych zapowiedzi było zwiezienie kilku zwojów zardzewiałego drutu kolczastego, łamiacego sie ponoć nawet w delikatnej kobiecej dłoni.

O utworzeniu muzeum zaczęto mówić juz w 1955 roku, w kilka miesięcy po smierci autorki "Medalionów". I chyba nikt nie przypuszczał, że minie ćwierć wieku, zanim stanie się to możliwe. Na karcie tytułowej "Węzłów Życia", w bibliotece Surowcewa, widnieje historyczny już dzisiaj wpis: "Niżej podpisani w dniu 9 XI 1958 er. na naradzie Komitetu Organizacyjnego Muzeum Nałkowskich w Wołominie obradowali nad sprawa powstania nowej placówki na powiat Wołomin". - Tu kilka niewyraźnych podpisów, jeden z nich udało mi się odczytać - Wilhekm Mach.

Dopiero w roku ubiegłym, gdy posesję wykupiono (w 1937 roku panie Nałkowskie, matka i córki, z powodu braku pieniędzy sprzedały Górki Krystynie Puławskiej) i wykwaterowano lokatorów - na granizy miasta powstała wizja parku kultury, z amfiteatrem i dwoma jeziorkami pośrodku - oraz z muzeum w domu odtworzonym według wzorów z czasów Nałkowskich. Zdecydowano również wykupić sąsiednią posesję z murowanym budynkiem, przeznaczając go na galerię, czytelnie, kawiarnię i salę spotkań. Okazja do otwarcia muzeum Nałkowskich miało być - 60 lecie nadania Wołominowi praw miejskich. Tak się jednak nie stało. gdzy pod koniec lutego wołomin obchodził swoje 60-lecie (z tej okazji wybito medal), o domu Nałkowskich niewiele się mówiło, aby nie psuć pogody świętowania.

- Wie pan, że ta Siennicka, co ma sklep, to ta Jadwiga Fuśniakówna z Domu nad łąkami - można wyło jeszcze parę lat temu usłyszeć w Wołominie. Dziś już trudno znaleźć kogoś, kto by wskazał, którędy Nałkowska chodziła na dworzec albo którędy jeździła konno. Siedemdziesięcioletni Antoni Rosa (od jego nazwiska jedna z dróg nosi nazwę Rosówki) pamięta jeszcze, że Nałkowscy mielinkonia i bryczkę, że jeździli do miasta po zakupy. Ale wielu nie potrafi już nawet wskazać, gdzie mieszkali, pokazują sąsiedni, ten murowany budynek, "bo taka wielka pisarka to musiała mieszkać w solidnym, widocznym z daleka domu".

"Taki skromny domek? Przeciez ten Nałkowski to był pewnie bogaty człowiek, geograf, wiele podróżował, no i Zofia... Któż by pomyślał... A Żeromski to mieszkał na zamku".

Nie miała tez sprawa Nałkowskich zwolenników w pobliskiej Kobyłce (Górki leżą na granicy Wołomina z Kobyłką), jak i nie miała wielu życzliwych w samym Wołominie, choc istnieje tu liceum Nałkowskich, i ulica Nałkowskiego.

Bardziej hołdowany był w Wołominie Feliks Papliński, przedwojenny przywódca strajkowy - jego imie nosi Huta Szkła i jedna z głównych ulic - niż postępowy myśliciel i geograf - Wacław nałkowski, oraz jego córka - pisarka. Sprawa Nałkowskich przerastała jakby potrzeby kulturalne miasta, któremu przypadła rola niemal stołecznego przedmieścia, z funkcją sypialni. Borykano się z chuligaństwem, z którym przez wiele lat władze miasta nie mogły się uporać.

Często też, co kilka miesięcy, zmieniał się we władzach "człowiek odpowiedzialny" za Górki. domem nad łąkami zajmowali się przewaznie ludzie przypadkowi, którym Górki wpisywano w zakres obowiązków. Zanim taki nowicjusz wgryzł się w dokumentację, już z jakichś przyczyn odchodził. Przyczyną ta jednak nie były górki.

Rozglądam sie po okolicy. Próbuję odgadnac, gdzie to był ten rów z huczącą wiosna bystrą wodą, kopiec Kościuszki, wielki kamień, który potem rozłyupano dynamitem, drewniana buda Millerów, którą przenosząc się w inne strony rozebrali i wzięli ze soba jak kuferek. Tu, gdzie górka łagodnie opada ku Kobyłce, pewnie było królestwo pani Dziobakowej, z kurami wiązanymi za nogi do pni sosnowych i psem Trezorem, bitym za to, że za dobry i nie szczeka.

Rów i łąkę dopiero co zasypano porządkując Górki. Stanisław Kłos - kierownik Wydziału Kultury Urzędu Miasta z dumą mówi:

- Zamierzamy urządzic tu parking. W lipcu kierownicy ?Transbudu? nieodpłatnie nawieźli tu ziemię, wczesniej MPO wysypało śmieci.

- Kiedy widziałem, że na łąkę nawożą śmieci i rów zasypują to aż cos się we mnie zagotowało - mówi Bronisława Surowcew. - Tak zawsze Nałkowska ten rów wspominała, że rosły kaczeńce, że pies się utopił. Pamiętam, że kiedy przyjechała, z Hanną poszły na łąkę zrywac kaczeńce.

Pobiegłam do naczelnika, bo zawsze z mężem chcieliśmy widziec tu ogród, jaki był z aNałkowskich. Naczelnik wyjaśnił, że nawożą teren pod parking. "Parking ptrzy samym ogrodzie" - zdziwiłam się. W jakiś czas potem z ogrodu po stronie południowej wykarczowano wszystkie bez różnicy krzewy, wycięto śliwy, które sadziła z mężem, wzorując się na opisach Nałkowskiej. W tym samym czasie rozpoczęto budowę schodów.

Schody są solidne, betonowe, prowadza ku domowi od samego podnóża górki, z miejsca gdzie był rów, a teraz ma być parking.

Schody są na trzy metry szerokie, wyglądają majestatycznie,niczym schody kościelne, jakby ku temu małemu domkowi miały ciągnać nieustanne pielgrzymki.

Od schodów w obie strony, gdzie była najładniejsza część ogrodu, po wykarczowaniu krzewów, wytycza się alejki, wykładając je płytami chodnikowymi (!) zamiast wysypać żwirkiem czy tłuczona cegłą.

Robotnikom tu pracującym również się to nie podoba, bo ?"tóz by u siebie zrobił takie schody i betonowe aleje, choćby i miał na to pieniądze, chyba wariat jaki". Był tu inzynier drogowy, więc pytam "dlaczego tak robicie?" - On mówi "tak kazali". Kto kazał?

Dlaczego systematycznie likwiduje się wszystko , co pozostało po Nałkowskich, bo jeszcze w latach sześćdziesiątych gdy nie opodal Górek budowano szosę łączącą Wołomin z Warszawą i do budowy potrzebny był piasek - górję wybrano w jej najwyższym punkcie, nazwanym przez Nałkowską kopcem Kościuszki. Stał tam, tez piękny duzy dąb, lecz go ścięto w ofierze aswaltowej szosie. a Kobyłka podbiera górkę od swojej strony...

I teraz, kilkanascie lat po wytyczeniu szosy, i jeszcze po przeprowadzeniu przez górki linii wysokiego napięcia - w ramach porządkowania zasypano rów i łąkę, wycięto krzewy w ogrodzie prowadząc tamtędy niczym uliczne chodniki - alejki.

Literatura 1979 nr 43

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

 
Joomla 1.5 Templates by Joomlashack