Zbieramy materiały

Nieustająco poszukujemy materiałów - dokumentów, zdjęć, wspomnień... W ciągu kilku dni wykonujemy kopie, zwracając oryginalne pamiątki właścicielom. Jeśli jesteś w posiadaniu interesujących materiałów - prosimy o kontakt!

wspomnienia o mieście i ludziach

wspomnienia o mieście i ludziach

Strona głównaWycinkiRelacje prasowe • W rocznicę śmierci Zofii Nałkowskiej
W rocznicę śmierci Zofii Nałkowskiej
Wycinki - Relacje prasowe
Wpisany przez Monika Warmeńska   

dawny WołominPamiętam Zofię Nałkowską, jaką; widziałam ją ostatni raz. W pewien grudniowy wieczór u schyłku 1954 roku uczestntezyła w posiedzeniu komisji imprez Związku Literatów Polskich mówiono wówczas n planach dalszych wyjazdów pisarzy na Opolszczyznę. Pamiętam żywe zainteresowanie, z jakim przyjęła od naszego opolskiego kolegi Ryszarda Hajduka "jeszcze ciepły, pachnący świeżą farbą drukarską egzemplarz "Pamiętników Opolan" Ze zdumieniem dowiedziałam się nazajutrz po południu, iż pani Zofia nocą nagle zaniemogła. Wiadomość o śmiertelnej chorobie, lada moment grożącej katastrofą, była trudna do uwierzenia dla wszystkich, którzy zarówno poprzedniego dnia, jak i wcześniej jeszcze widywali pisarkę w doskonałej formie, zawsze uśmiechniętą, wyglądem swoim stanowiąca zaprzeczenie przepływu czasu i liczby lat, jakie spoczywały na jej barkach... wydawało się wręcz niemożliwe, aby własnie ją, pełną życia i energii, mogła tak raptownie dopaść choroba, a jednak rychło przyszedł zgon.

Po śmierci ulubionego pisarza, z którego odejsciem trudno się pogodzić - wieczorami powracamy do jego ksiażek, by zaczerpnąć z nich potwierdzenie własnego, milczącego protestu przeciw śmierci ich twórcy - i a by pokrzepić sie świadomością, że to, co było w nim najcenniejsze, pozostaje utrwaone na kartkach jego dzieł. Pamiętam owe grudniowe wieczory u schyłku 1954 roku, podczas których raz jescze wracaliśmy do "Medalionów", "Domu Kobiet", "Granicy", "Romansu Teresy Hennert", "Niedobrej miłosci"...ale najbardziej przukuwał mnie wówczas czytany również zreszta po raz nie wiedzieć który "Dom nad łakami". Może dlatego że przypominał mi on pierwsze zetknięcie z piękna sztuka pisarską Zofii Nałkowskiej, że był pierwsza jej książką, czytana na granicy lat, które dzieciństwo oddziela od od progu młodości. I teraz, w przededniu drugiej rocznicy smierci Zofii Nałkowskiej, zapragnęłam ujrzeć ów dom, i krajobraz, który go otaczał - a który trwa w swojej dawnej urodzie zaklęty w prozę siłą wielkiego artyzmu pisarki.

Każdy dorosły mieszkaniec wie dobrze, gdzie znajdują się "Górki" i ulica Wacława Nałkowskiego - choć od czasu, gdyż dom Nałkowskich przeszedł w w obce ręce, minęły już długie lata. Drogę biegnącą wzdłuż toru kolejowego znaczą rzędy domów niskich przeważnie, zgarbionych. Tu i ówdzie czerwieni się się wśród nich świeża cegła nowych budynków. Zaraz potem przestrzeń ściśnięta domami rozszerza się i odsłania podmokłej łąki, których barwa zmarznięta od przymrozków i zwarzona ma kolor brudnordzawej zieleni. Nad nim — wzgórza, porosłe bukietami a mi drzew. Nisko, w bruzdach czarniawej ziemi, leżą smugi zbrukanego śniegu, szeroko rozlane kałuże błyskają nieruchomą wodą niczym szczątki rozbitego lustra. W pobliżu torów przeświecają pnie smukłych, niałokorych brzóz. A na wzgórzu...

To właśnie wzgórze jest, jak mówił Wacław Nałkowski „wydmą utrwaloną". - Już wiem. że "dom nad łąkami“, to nie ten pierwszy, wyższy i niegdyś bardziej okazały - lecz drugi, niewielki, piętrowy. Seledynowy meszek, porastający wzgórze - tak, to własnie "płucnica islandzka". Cienka, sucha jak włosie trawa na pewno latem jest raczej niebieskawa niż zielona, jak pisze Nałkowska... Śnieg lezy w pobliskiej rozpadlinie gruntu - rozglądam się z nierozsądnym uporem, jak gdybym wbrew rozsądkowi spodziewa ta się znaleźć tutaj którąś z pierwszych sasanek, "dużych, kudłatych kwiatów fioletowych, obrosłych szarym futrem"... Ależ to pierwszy śnieg zimy, to wcale nie przedwiośnie! Pod nogami szeleszczą sucho zwiędłe łodyżki rudych, obumarłych wrzosów, do sasanek jeszcze daleko. Czyż można jednak się dziwić, że na krajobraz tutejszy trudno patrzeć inaczej, jak oczyma Zofii Nałkowskiej?...

Podchodzę bliżej ku domowi, którego dolne drzwi zabite są na głucho, a który jednak źrenicami okien jak dawniej patrzy w stronę Południa — na łąki, na spokojny pejzaż mazowiecki.

"...Prawie od samych stopni ganku, na którego stopach wspiera się balkon pokoju na górze, prawie od samego drewnianego domu piaszczysty grunt pochyło opada ku zielonej, mokrej łące odcietej granicznym rowem..."

Tak pisała o tym zakątku zaprzyjaźniona od lat dziecięcych z autorka "Domu nad łakami" Helena Boguszewska. A ze wzgórz tutejszych "...rozwierał się poprzez pnie i gałęzie osik, olszyn i dębów najcudniejszy widok na łąki nie mające podobnych sobie, pełnie słońca i kwiatów, pocięte smugami krzaków olszowych, zamknięte innym, dalekim lasem..."

Inaczej wygląda "Dom nad łakami" teraz, aniżeli wtedy, gdy mieszkała w nim rodzina Nałkowskich. Dom przeznaczony jest na muzeum, zanim ono jednak powstanie, minie jescze wiele czasu. Trzeba bowiem przekwaterować jesczze wiele rodzin, trzeba dom odremontować, doprowadzic do porządku wygląd jego oraz wnętrze uczynić takim, jakim było przed laty. Odwiedziwszy swój "kraj lat dziecinnych", dawne miejsce swego zamieszkania, w ostatnich latach zycia, pisarka widziała ten dom podobny niby do dawnego - a jednak odmieniony w toku lat. Wchodzę i ja teraz do sieni, która niegdyś była pokojem jadalnym, a frontowe, zabite deskami wyjście gdyby nie deski, którymi je zabito, otwierałyby widok "...na to miejsce jedyne, na wielką łąkę na moje dawne granice swiata. Jest zupełnie inaczej, nisko, daleko, bardzo rozlegle. Nie tylko u nas wszystko wycięte, ale i dały wielki las za łąkami, zamykający horyzont. Olbrzymi widok ogarnia teraz Ossów, Grabicz, jakieś inne nieznane wsie, jest inaczej i - o dziwo - jest może jeszcze piękniej niz wtedy..."

Drzwi z lewej strony prowadziły do pokoju, który niegdyś był siedziba ojca pisarki, póxni9ej jej samej. Tu powstały ksiażki jej młodości: "Rówieśnice", "Moje zwierzęta", "Tajemnice krwi". I wiem, że w pokoju z prawej strony "stał fortepian, długi i żółtawy, pamiętny jedną sonatą Mozarta i tym zwłaszcza, że na jego zamkniętym wieku układaliśmy jednego lata ścisle według alfabetu bezlik małych paseczków papieru z nazwami miast, gór i rzek, lodów i oceanów do takiego "Wielkiego atlasu Geograficznego..."

Na górze zamiast dawnych pokoików ze stryszkamipo bokach jest jeden wielki pokój

"...z dużym oknem, a bez balkonu. Tu przesiadywała Zofia Nałkowska z dawną Helą Radlińską, późniejszą Heleną Boguszewską, tu przebywali odwiedzający "Górki“ uczeni, pisarze, publicyści - tacy, jak Spasowski, Antoni Bolesław Dobrowolski. Cezary Jellenta. Ignacy Radliński... Ileż rozmów i zwierzeń, polemik i dyskusji słyszały ściany tego pokoju?... Skrzypią schody, którymi wracam na dół. Nierozsądną rzeczą jest poszukiwać pamiątek po Nałkowskich w domu, który ta rodzina opuściła przecież przed wieloma laty — a jednak wciąż oglądam się, jakbym chciała ujrzeć wypchana sowę, wodzącą z góry, z przybitej gałęzi sosnowej uważnymi oczyma, i ów żółty fortepian, książki, i atlasy — wszysćko to, co tu było kiedyś.

Wychodzę do ogrodu. Tu dwie małe przyjaciółki, z których wyrosły po latach wybitne pi¬sarki. mozoliły się w pocie czoła nad kopaniem tarasów, urządzanych na zboczu wzgórza od słonecznej strony. Gadały przy tym bez przerwy i wciąż "wyobrażały sobie" cuda...

"bo któż zabroni wyobrazić sobie pomidoty wielkości krzewów porzeczkowych, jagody porzeczek wielkości małych pomidorów, i truskawki wielkości średnich pomidorów"

Do dziś w ogrodzie na Górkach wiele się zmieniło, ale tarasy przetrwały, i nieco w dole rośnie brzoskwiniowe drzewo, posadzone przez Wacława Nałkowskiego i ocalałe sosny pysznią się wysokimi koronami rozczapierzonych gałęzi, a tu i ówdzie wysokie lipy i klony są takie jak wtedy — tylko wyższe. Ocalał pierścień drzew orzechowych. Zamykających niegdyś zielony krąg nad głowami ludzi, którzy zasiadali w ich cieniu. Nie wiem, czy istnieje "pręt perskiego bzu, przywieziony z ogródka na Zwierzyńcu pod Krakowem”, ten, który "Rozrósł się później w rozczapierzony krzew, z wiszącymi wiosną na długich, cienkich, wygiętych gałązkach wielkimi kiściami bladofioletowych kwiatów, daleko piękniejszych niż inne bzy“. Ale te inne bzy pozostały — wiosną, wedle słów obecnych mieszkańców domku, pachną nad podziw.

Pora już odejść, obejrzałam przecież wszystko to, co chciałam widzieć. A jednak wciąż mi nieskoro. Rozglądam się wokół — wciąż bowiem niecierpliwa pamięć podsuwa mi jakiś szczegół krajobrazu i otoczenia, bądź taki który pozostał w dawnym kształcie, narysowanym i wyrzeźbionym niezawodnym słowem pisarki, bądż też jest dzisiaj nie do odszukania. Myślę, że czytelnikom "Domu 'nad łąkami" jest on bliski — i dlatego, że każdy z nas w sercu i pamięci chowa wspomnienie miasta, wsi, krajobrazu, który — czy to piękny i malowniczy, czy brzydki i pospolity — jest tym, co stanowi "kraj lat dziecinnych''. I wielu może przy lekturze tej książki pomyśleć o domu, który "stał się wzorem dla innych domów i miarą, i prawem, i najdroższym na zawsze wspomnieniem"'.

"Odjadę znów, ale jeszcze wrócę, zawsze wrócę. A kiedyś wreszcie wrócę i zostanę."

Sprawdziły się słowa pisarki. Pozostała na zawsze w wielkim domu, który zwie się: ojczyzna.

Pozostała — żywa nam i bliska — w swoich książkach Na stoku wzgórza schylam się i zrywam źdźbło rudej trawy. Trochę mi wstyd tęgo uczniackiego gestu, ale trudno mi go powstrzymać. Kruche łodyżki, pachnące cierpką jesienną wonią niechaj spoczną wśród stronnic "Domu nad łąkami” — jednej z książek najukochańszych.

Trybuna Ludu 1956 nr 352

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

 
Joomla 1.5 Templates by Joomlashack